Sunday, May 20, 2012

Skok Życia

Posted by admin On Marzec - 17 - 2010

„Wszystko już jest gotowe. Może pan jeszcze spojrzeć na panoramę miasta i w dowolnym momencie wyskoczyć.”

Pomyślałem: jak to „w dowolnym momencie”? Ten facet za moimi plecami nie będzie mi liczył „raz, dwa, trzy”? Nie będzie żadnej dodatkowej motywacji? Jestem tu sobie sam ze sobą i ciarki przechodzą mi po plecach. Serce bije jak opętane. Nie boję się o siebie. Boję się, że nie skoczę. Boję się właściwie własnego strachu. Boję się stracić szansę.

Spojrzałem w dół. Obliczyłem przed pięcioma minutami, że to trzydzieści pięter, ale w tej chwili traci to całkowicie znaczenie. Realne jest tylko „bardzo wysoko”. Wreszcie odrywam wzrok od przepaści. Te trzy sekundy to było stanowczo za dużo. Nie, nie mogę więcej o tym myśleć, bo nie skoczę. Miałem skoczyć, więc… Skaczę.

Otwieram szeroko oczy. Dociera do mnie – dopiero teraz –  że spadam. Całe ciało obłędnie przyspiesza w bezwładnym locie, a pod nogami wielka pustka i ogromna satysfakcja. I wielka niepewność trwająca jeden szalony krzyk. Trudno byłoby w powszednim życiu o większą miarę wolności, niż to, czego wówczas doświadczyłem. W sensie fizycznym. To istotne.

Człowiek, któremu została opowiedziana dobra nowina – ewangelia – i który uwierzył, rozpoczyna nowe życie. Czy jest ono ciekawsze? Bądźmy szczerzy, nie zawsze. Takie negatywne przypadki stanowią jednak w rzeczywistości wyjątki od reguły głoszącej, że życie z Jezusem jako Panem i Zbawicielem to, by posłużyć się pewnym sloganem, zupełnie inna jazda. Wielu przytaknie bez wahania, wielu – z przyzwyczajenia (z religijną konsekwencją) – a niektórzy zaprzeczą.

Jesteśmy [my – Polacy?] romantykami. Gdy już wyrastamy z „niemowlęctwa w wierze”, Bóg objawia nam swoje plany względem nas. Plan życia każdego z nas. Indywidualnie. Nie może być chyba nic wspanialszego niż taki cel w życiu, czyż nie? Jak romantycy zaczynamy więc wierzyć w wielki czyn. W to, że Bogu wystarczy jednostka, by zmienić historię. Wkraczamy tutaj na niebezpieczną drogę prawdy. Niebezpieczną, bo żyjąc w dobrej wierze można zostać doszczętnie odartym i okradzionym z tego, co dostaliśmy jako najcenniejszy dar – z wolności. Mamy przed sobą swoje przeznaczenie, którego Bóg chce użyć dla swojej chwały rozwijając nasze skrzydła. Szatan chce nas tym przeznaczeniem opętać i zastraszyć. Ale można zadać mu kłam – można oddać skok życia.

Znalazłem się w danym miejscu, o danym czasie i zacząłem podziwiać wysokość wielkiego ramienia dźwigu. Niebotyczna konstrukcja, przynajmniej z perspektywy człowieka stąpającego zwyczajnie po ziemi. Można się naprawdę zachwycić, kiedy jeszcze ma się przekonanie, że ktoś zapłacił za ciebie cenę biletu i zaraz będziesz mógł przeżyć wspaniałą (choć może krótką) przygodę. Guma bungee jest rozciągliwą liną o udźwigu do 3 ton (jeśli ma dodatkowe wzmocnienia). Przeczytałem to na stronie internetowej firmy organizującej skoki na własnym żurawiu. No dobrze. Facet obsługujący wszystkie ustrojstwa tej atrakcji, najpierw cię waży, a potem zakłada ci na obie nogi rękawy stanowiące zakończenie gumy i mocno zaciska. Powiedzmy wprost: musisz mu wierzyć. Potem pakuje cię do dyndającej na haku dźwigu gondoli, w której mieści się najwyżej 5 osób. Zazwyczaj zaś tylko dwie: skoczek i instruktor. Zbliżamy się do puenty. Gondola wjechała na górę. Gość za moimi plecami prawie się nie odzywał. To, że miałem bilet, zdecydowałem się na skok i wszedłem do środka wystarczyło mu. Zasada jest taka: jeśli nie skoczysz, nie zwracają pieniędzy. Niektórzy nie skaczą. Ja cierpliwie odczekałem, aż zrobi te parę zdjęć, które posłużą mi za pamiątkę i wszystko sprawdzi: wszelkie zapięcia, mocowania. W końcu usłyszałem słowa: „Wszystko jest gotowe…”.

Skoro resztę napisałem na początku, może powinienem w tym miejscu zakończyć? Bynajmniej, mam jeszcze drugą wersję wyżej opisanych wydarzeń – bliźniaczo podobną.

Kiedy się nawróciłem, powierzyłem swoje życie Jezusowi. Pozwoliłem, aby On sam określił, do czego się nadaję i pokierował moim życiem. Dostosował do mojej wagi długość liny, na której będę się bujał. On wziął odpowiedzialność za moje życie. W chwili, gdy uznałem Jezusa za swojego Pana, zdecydowałem się na absolutnie fascynującą rzecz. Na wielki skok. Dałem się związać, ale to jarzmo – wiem o tym – nie ogranicza moich ruchów, ale ratuje moje życie przed upadkiem. Potem nastąpił okres przygotowań. Uczyłem się słuchając jego słowa i wzrastałem w wierze. A gondola szybko podnosiła się, ukazując mi coraz szerszy horyzont. I ja coraz więcej rozumiałem. Bogu nie zajęło długo wciągnięcie mnie na szczyt. Jest wszechmogący i wie o mnie wszystko. Wielu ludzi próbuje sobie wmówić rzecz absurdalną: stojąc kilkadziesiąt metrów nad ziemią wciąż myślą, że muszą się jeszcze jakoś przygotować. Tymczasem rzecz najtrudniejsza „technicznie” została już za nich zrobiona.

Jeśli ta metafora ma być kompletna, to jakieś znaczenie muszą mieć też zdjęcia, które robi nam na pamiątkę nasz „anioł stróż” – instruktor bungee. Te zdjęcia – obrazy utrwalone na matrycy – są jak wrażenia, wspomnienia o nas, zapisane w pamięci ludzi, którzy nas obserwują. Tak naprawdę nie mają znaczenia, póki nie zejdziemy na ziemię po skoku albo gdy życie się spełni i umrzemy. Za życia mogą nas tylko wpędzić w pychę. Patrząc pod tym kątem są właściwie bezwartościowe, ale są pewnie tacy, którzy będą wjeżdżać na górę tylko dla nich.

Wracając do sedna: stojąc przed własną przyszłością, przed swoim powołaniem, mam spory problem: strach. Bądźmy szczerzy – to nie jest strach przed śmiercią. Przecież wierzymy, że po skoku nie czeka nas uderzenie o twardy grunt, a po życiu – piekło. To jest strach przed tym, że się nie skoczy. Pieniędzy nikt nie zwróci. Nie dostaniesz też drugiego życia. Jeśli nie zdecydujesz się w odpowiednim momencie, to zjedziesz powoli z powrotem – obserwując, jak rzeczy uzyskują swój zwyczajny, duży rozmiar. Czasem gondola zjeżdża wolniej, czasem szybciej – jak życie. Jedno jest pewne, nigdy więcej nie odzyskasz tej cudownej perspektywy, jaką miałeś na górze.

Lepiej nie zastanawiać się zbyt długo i nie dać strachowi przewagi. Lepiej całkowicie zaufać Bogu, który to wszystko zaprojektował. Lepiej skoczyć, bo tylko wtedy można zasmakować prawdziwej wolności, którą daje Bóg. Zapewnia ją, ale tylko tym, którzy sami po nią sięgną. Ona czeka tam, gdzie nie masz nic po nogami. Spadając nie myślisz nawet o końcu. Służąc Bogu, biegniesz bez znużenia. Jedno odbicie gumy, drugie, trzecie… coraz wolniej. W końcu osiadasz na ziemi, a w mojej metaforze: żegnasz się z życiem. Umierasz z szumem wiatru w uszach, rozwianymi włosami i… poczuciem wykorzystanej szansy.

Jan Ziółkowski
http://niespodziany.bloog.pl/

    Copyright by DROGA