Jestem chrześcijaninem od urodzenia (co najmniej od 20 lat). A od kiedy jestem nawrócony? Od 11 lat. A ile lat temu zostałem (po raz drugi) ochrzczony w wodzie? Minęło parę dni od 4. rocznicy. A od kiedy kocham Boga? Następuje chwila zastanowienia. Tego nie potrafię powiedzieć. I sądzę, że każdy, kto mówi o sobie „chrześcijanin” miałby z tym problem, ale – pomyślmy – to nie wydaje się złe. Miłość nie jest jednorazowym aktem, nie jest czynnością – trudno ją zmierzyć, by wykazać jakiś postęp, a zatem… każdego dnia można zacząć od nowa.
Cóż może lepiej określać nasze życie niż miłość do Boga? Chyba nic, a mimo to często zastępujemy ją mało istotnymi faktami, punktami startowymi „pomagającymi” nam ocenić własne dokonania. I właśnie kiedy patrzę na wszystkie chrześcijańskie cezury w swoim życiu, dochodzę do wniosku, że są one – bez wyjątku – całkowicie nieprzydatne, niewarte uwagi i w ogóle bezsensowne. Nie jest to zresztą jakaś nowość. Tymczasem – mimo wszystko – cyfry te (lata życia) przejawiają chęć do zobowiązywania mnie do czegoś. Skoro jestem „wierzący” od tak dawna, to powinienem być posłuszny, wierny, gorliwy, ufny, dojrzały itd. W grze w skojarzenia można by (z pewnym ryzykiem) połączyć słowo chrześcijaństwo ze słówkiem musisz. Musisz przestrzegać przykazań, musisz czytać Pismo Święte, musisz być chodzącym świadectwem bożego działania, musisz głosić ewangelię, musisz odkryć swoje powołanie, musisz wzrastać w wierze, musisz być posłuszny głosowi Ojca, musisz być ofiarny w dawaniu, musisz zrzucić swoje troski na Pana, musisz znać boże obietnice dotyczące twojego życia, musisz… całą resztę, która w końcu cię przytłacza.
Ilekroć o tym myślę i sam zapędzam się w kozi róg z tymi wszystkimi „musisz”, doznaję objawienia, że Bóg pragnie we mnie widzieć tylko jedną rzecz: miłość do Niego, a zaraz potem miłość do innych ludzi. Czy można oczekiwać prostszego powołania? Czy można w niezmierzonej, bożej mądrości znaleźć coś lepszego? Miłość jednak wymyka się naszym schematom myślenia i – jak na złość – nie jest żadną receptą ani kluczem do udanego życia. Gdy mówimy o dojrzałości w wierze, najwygodniej jest sięgnąć do przykładu z realiów życia ziemskiego i zauważyć jedną rzecz. Każdy dorosły podejmując najważniejsze decyzje nie kieruje się – jak dziecko – listą rzeczy dozwolonych, zabronionych i zalecanych. Decyduje zgodnie z wyuczonym, abstrakcyjnym pojęciem dobra. W świecie duchowym oznacza to postępowanie według miłości, która jest zaczynem wszystkiego. Nie jest to łatwe.
Chociaż daleko mi do biblijnego eksperta, chciałbym przyznać się do małego eksperymentu. Postanowiłem sprawdzić ile razy pojawia się w Biblii słowo „musisz”. I oto pierwsza ciekawostka: w Starym Testamencie (era zakonu) jest takich słów piętnaście zaś w Nowym tylko jedno. Jeśli uwzględnić wszystkie formy tego czasownika, trzeba zaznaczyć, że w Nowym Testamencie występuje ono tylko w kontekście bożych obietnic, przeznaczenia (rzeczy nieuniknionych), lub powołania Chrystusa – ale nie w sensie zmuszenia człowieka do czegokolwiek.
Im dłużej „żyjemy z Bogiem”, im dłużej ochoczo uczestniczymy w (nazwijmy to tradycyjnie) życiu religijnym i im więcej decyzji podjęliśmy w przeświadczeniu, że nasze życie należy do Jezusa, tym trudniejsze wydaje się posługiwanie całą tą mądrością, która spłynęła na nas przez lata nauczania. Szukając nadziei na dokonanie wszystkiego, o czym marzymy, potrzebujemy jednej, choć wcale nie oczywistej i prostej rzeczy: każdego dnia budzić się z objawieniem bożej miłości, wolności oraz tego, że posłuszeństwo Jemu jest absolutnie bezkonkurencyjne w stosunku do wartości tego świata.
Jan Ziółkowski


