Thursday, February 23, 2012

Nie ładuj akumulatorów, łap wiatr!

Posted by admin On Marzec - 16 - 2011

 

Wiatrołap jest „tylko” jedną z wielu imprez chrześcijańskich. To, że ten obóz wciąż się rozwija, przyciągając nowych, kreatywnych ludzi, jest wynikiem tego, że skupia jak soczewka potencjał wielu kościołów, które go tworzą. Jest również przedsmakiem przyszłego obrazu Oblubienicy.

Na wstępie podzielę się moją obserwacją: jestem sceptykiem, kiedy słyszę od znajomych o „ładowaniu duchowych akumulatorów” na kolejnych chrześcijańskich konferencjach, które „wszystko zmieniają”, „naprawdę warto” i w ogóle „dawno czegoś takiego nie przeżyłem”. Nie jestem wcale oryginalny, taki wątek przewija się często nawet na Wiatrołapie w stylu podobnych wypowiedzi: „prawdziwe życie jest tam, gdzie je zostawiłeś, w twoim mieście, rodzinie, wśród twoich znajomych. Nie oczekuj, że ta cudowna atmosfera za tobą pójdzie, raczej już teraz pomyśl, czym jest Królestwo Boże w twojej codzienności. Jak możesz stać się wykonawcą Słowa, które dziś cię porusza, a jutro możesz je zapomnieć?”

O co mi chodzi? Mam takie marzenie, które odnoszę również do siebie… To jest odpowiedzialność za własne życie w wierze i nowotestamentowe wchodzenie w rolę kapłana nawet, jeśli realizujemy się w innym zawodzie. Taką rolę można pełnić, jeśli się ma na to siłę i stale nad tym pracuje, choć nie za pieniądze. I wracamy do kwestii „ładowania duchowych akumulatorów”. Czy Bożą wolą jest, żebyśmy „jakoś przetrwali” od jednych wakacji do następnych? Albo od jednej niedzieli do drugiej, trzeciej, kolejnej? A może raczej, żebyśmy, jak pisze święty Paweł, „zawsze się radowali, bez przestanku modlili, za wszystko dziękowali (…), Ducha nie gasili, proroctw nie lekceważyli…”? (1 Tes. 5:16-20)

Jest pewien sposób na to, by bez przerwy chodzić „naładowanym” mimo pokus i zniechęcenia, które standardowo serwuje diabeł. Jeśli nie przeżywasz ataków, to coś jest „nie tak”. W każdym razie Jezus daje nam miażdżący autorytet do zwycięstwa. Kiedy piszę „łap wiatr”, nie mam na myśli chorągiewki miotanej podmuchami. Myślę raczej o uchwyceniu stylu bycia, zarówno w samotności, jak i w relacjach. Przypomnijmy: suwerenny Bóg posługuje się ludźmi. To dlatego życie chrześcijanina nie polega tylko na zamykaniu się w komorze, postach i „wycieczkach” na pustynię. Mówi się, że każdy nawrócony, wierny, uczeń jest powołany do „życia w ciele”, a chodzi oczywiście o Ciało Chrystusa – o kościół, ambasadę Królestwa na Ziemi, Oblubienicę…

Każdy mężczyzna może sobie z grubsza wyobrazić, co może myśleć i czuć Jezus, siedzący po prawicy Ojca i czekający na tę swoją Oblubienicę. Miłość, ekscytacja, radość, uniesienie i zachwyt nad pięknem, którego dopiero doświadczy… Trzeba przyznać, że ta analogia jest kosmicznych, wręcz niewyobrażalnych rozmiarów: Chrystus, zwycięzca, sędzia, Słowo Boże poślubia odkupioną przez Niego ludzkość, upragnioną postać, przyozdobioną, jak mówi Objawienie św. Jana, w „lśniący bisior – sprawiedliwe uczynki świętych”. Można to rozważać w sercu przez długi czas, ponieważ obietnice związane z weselem Baranka to „evergreeny”, wiecznie żywa nadzieja i pierwsza miłość, która „nie rdzewieje”. Przedsmak tych rzeczy jest zawsze wspaniałym doświadczeniem dla każdego, kto ich gorliwie oczekuje.

A gdzie można ten przedsmak znaleźć? Ano tam, gdzie kościół się przygotowuje, by być tą czystą, pełną Bożej chwały oblubienicą. I to nie „być” przez chwilę, w jakimś usilnym naprężeniu swoich członków, nie. Tu chodzi o trwałą zmianę, jaką każdy po nawróceniu jest zaskoczony, bo bierze się ona w stu procentach z łaski, poprzedzonej decyzją, a spożytkowaną w wierności. Tu chodzi o „łapanie wiatru” tych zmian, o Wiatrołap po prostu.

Jan Ziółkowski

    Copyright by DROGA