Sunday, May 20, 2012

Horyzontalny pat

Posted by admin On Marzec - 16 - 2011

 

O SENSIE POWSZEDNIEGO ŻYCIA, CZYLI PO CO WSTAWAĆ RANO?

Odnalezienie sensu życia różni się zasadniczo od odnalezienia jasnej przyczyny dla wstania rano z łóżka. Dlatego rozważań na ten temat nie można tu zacząć standardowo: „iluż z nas nie myślało kiedyś o…”. Właśnie niewielu ludzi zastanawia się nad tym, po co wstać rano z łóżka. Takie pytanie (wbrew pozorom) nie musi iść w parze z lenistwem – dość powszechnie deklarowanym. To znaczy, że ludzie leniwi mogą nie przeżywać podobnego dylematu, a pracowici – tak. Zaś sam dylemat wydaje się być wcale nie głupi i infantylny. Bo jeśli nasze powszednie życie pozbawione jest jasnych i sensownych celów, to czyż nie będzie ono irytująco płytkie?

Pytanie brzmi: po co wstać? Leżąc w łóżku nieraz naprawdę trudno jest znaleźć odpowiedź. Stan takiej bezwładności psychicznej może przygwoździć nasze życie skuteczniej niż jakakolwiek przeciwność losu, bo jeśli nawet już wstajemy, to z wielką niechęcią wyruszamy w ten nowy dzień – tak, jakbyśmy chcieli zrobić Bogu łaskę, że ów dzień od niego przyjęliśmy.

Większość ludzi wstaje z poczucia obowiązku. Wiąże się to z zapewnieniem poziomu ekonomicznego bytowania, do wysokości którego przyzwyczailiśmy siebie i naszą rodzinę. Krótko mówiąc: wstajemy do pracy – po pieniądze. Teoretycznie wstawanie do szkoły rzutuje na późniejsze zarobki, więc da się je jakoś dorzucić do tej pierwszej kategorii. Czy jednak pieniądze są dobrym powodem? Nie. Cóż to za motywacja? Szukam czegoś, co mnie zachęci, a nie przymusi. Bo co z tego, że wstanę i przeżyję dzień, jeśli nie będę się nim cieszyć? A jeśli pieniądze miałyby mnie zachęcać, to cóż warte jest moje serce?

 

W związku z tym rzesze ludzi wiąże ze swoją zarobkową aktywnością wyobrażone poczucie satysfakcji z jej efektów. Nasza praca jest ciężka, ale jej owoce cieszą – mówimy. Możemy też odnajdywać przyjemność w spotykaniu ludzi w miejscu pracy lub nauki. Z tego, niestety, znów nic dobrego dla upragnionej odpowiedzi nie wynika. Czy warto wstawać dla pozytywnych wrażeń? Po co nam one? Nie chodzi o rzeczy ulotne; małe aniołki, które zagrzewają nas do dalszej walki. Po co wstać z łóżka? Po co? Same przyjemności nie należą do produktywnej lecz konsumpcyjnej strony życia.

Może na pierwszym miejscu powinienem wspomnieć o rodzinie? Niejednokrotnie przecież wymieniamy naszych bliskich jako jedną z najważniejszych wartości. Teraz wyobraźmy sobie: budzimy się we własnym łóżku i mamy wizję sielanki. Poranne przekomarzanie się z maluchami, specjalnie oddzielone chwile dla żony lub męża, słońce delikatnie prześwitujące przez śnieżnobiałe firanki, spokojne śniadanie przy wspólnym stole, etc. Aż chce się żyć, nieprawdaż? Kto by się zastanawiał nad sensem wychodzenia z pościeli? Bądźmy jednak szczerzy i pomyślmy: ile poranków w naszym życiu możemy porównać do ożywczej sielanki (dowolnie wyobrażonej)?

 

Chyba już widać, na czym stoimy. Jednak kiedy tak leżymy, po głowie plącze się myśl o jakiejś życiowej misji: trzeba dać siebie innym. To akapit już tylko dla osób wiernych i zahartowanych w myśli chrześcijańskiej. Miłość, nadzieja i tym podobne. Celowo piszę to z pewnym dystansem. Piękne słowa zwykle tracą swój urok, gdy nagle potrzebujemy konkretów. Do licha! Jakie powołanie? Ja szukam powodu dla wstania z łóżka – to zbyt prozaiczna czynność, by wiązać ją ze szczytnymi ideami, z przeznaczeniem określonym przez Boga, które może być nawet dość dokładnie objawione. Nieistotne. Mimo tego przeklętego pata musi być ostatecznie jakaś odpowiedź, choć na razie pozostajemy z pustymi rękami.

Od początku: nie na darmo mamy swoje życie. Nie na darmo czas dany od Boga. Przecież musi być jakaś zgodna z naturą chęć do aktywności. Nie myślę tu o naturze darwinowskiej, bo na tę zawsze znajdzie się przykład. Chodzi o kreatywną naturę Boga, której udzielił ludziom wieńcząc swoje stworzenie.

 

Mam nadzieję, że całym powyższym fragmentem swojego tekstu wprowadziłem was w maliny. Gdyby tak nie było, musiałbym się przyznać, że prowadzę sam ze sobą akademickie dyskusje. Dlaczego mój tok rozumowania miałby być fałszywy i czy istnieje jakaś rozsądna odpowiedź na postawione pytanie?

Sądzę, że jałowość wymienionych przeze mnie motywacji nie wynikała z tego, że są to rzeczy bezwartościowe. Warto przecież walczyć w życiu o dobry dom, pieniądze, satysfakcję z pracy i z przyjaźni, zdrową rodzinę i… wiele innych rzeczy. Nie wyczerpałem zresztą z pewnością arsenału tych smaczków dnia codziennego. Jednak czasem – gdy zdobędziemy się na głębszą refleksję – zauważamy, że nic z tych rzeczy nas nie cieszy, nie jest wystarczającym powodem choćby dla wstania z łóżka i… gotowi jesteśmy posądzić siebie o depresję. Albo osąd taki szybko odrzucamy i próbujemy jakoś dalej trwać.

Czy można afirmować życie przy jednoczesnym założeniu, że wszystkie jego namacalne składniki są nie dość motywujące do… życia? Gdzie jest „haczyk”?

Chrześcijanie, którzy – najoględniej mówiąc – żyją dla Jezusa, nie powinni mieć takich problemów. A jednak chyba oni najczęściej tego doświadczają, zapewne dzięki większemu wyczuleniu na złudność „świeckiego” szczęścia. Powinni sobie uświadomić jedną rzecz: wstając rano z łóżka nie wstają już dla siebie lecz dla swego pana – Jezusa. W konsekwencji nie muszą dawać sobie zastrzyków motywacyjnych. W każdej chwili mogą kierować się posłuszeństwem i wiarą, odczuwając radość ze zwycięstwa nad sobą i nad otaczającą ich rzeczywistością. Ponad wszystko zaś radość z obecności bożej i wolności, jaką mają w Ojcu. Wolności od presji jaką wyzwala konieczność przędzenia swojego życia, popychania go jakoś do przodu. Zmęczyć można się każdym celem, ale nie Bogiem.

Jako podsumowanie może posłużyć fragment (śpiewanego dziś przez pewnego artystę) wiersza Karola Wojtyły z jego wczesnej twórczości: „już się nie troskam o żaden z upadających dni / gdy wiem, że wszystkie upadną”. Troska o owoc naszych dni, o sens naszej życiowej aktywności jest jak każda inna troska. Jej adresatem jest nasz Ojciec w niebie.

Jan Ziółkowski

    Copyright by DROGA