Sunday, May 20, 2012

Efekt Mateusza

Posted by admin On Marzec - 16 - 2011

 

Ostatnio zauważam u siebie tendencyjne upodobanie do konfrontowania naukowych tez z treścią i esencją Pisma Świętego. I – o zgrozo – okazuje się, że w tym wszystkim Biblia jest najmądrzejszą książką na świecie. Najpewniej nie ja pierwszy tak mówię, ale zwykle trzeba dojść samemu do pewnych rzeczy.

Niedawno siedząc w bibliotece czytałem książkę. Standardowe przygotowanie do zajęć z socjologii ogólnej – temat: nierówności społeczne. I cóż ciekawego mogło się tu okazać? Wiadomo przecież: jedni mają więcej, drudzy mniej – to kwestia ich życiowego startu, wychowania, przedsiębiorczości itp., itd.

Tym razem nie musiałem głęboko grzebać w pamięci, by odkryć, co Biblia o tym mówi. Porównanie nasunęło się samo. Autor książki jako podstawę jednej z dwóch teorii nierówności wymienił „efekt Mateusza”… O co chodzi? To było proste nawiązanie do przypowieści o talentach. Jeden sługa dostał ich pięć, drugi dwa, a trzeci jeden. Proste rozwinięcie głównej myśli z ewangelii brzmiało: ten kto ma dużo, będzie miał jeszcze więcej, a kto ma mało będzie miał jeszcze mniej. Bogactwo ma tendencje do pomnażania się, a nędza do pogłębiania…

W tym miejscu musiałem niestety przerwać autorowi naukowy wywód i wstrzymać od notowania moje wierne pióro. Coś mi się tu nie zgadzało. A jak mi się coś nie zgadza, to nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego, aż do chwili, kiedy sam sobie to wyjaśnię. I w ten sposób często roztrząsam jakieś całkiem filozoficzne zagadnienia, które nie wiadomo do czego mogą mi się w przyszłości przydać.

Pomyślałem: jak to? Świat nie jest przecież taki prosty! A co z tymi, którzy mieli jeden talent (pucybuta) i stali się (banalny przykład) milionerami? Z tymi biedakami, którzy zrobili oszałamiającą karierę chociaż byli wcale nie bardziej inteligentni i uzdolnieni jak ci z wyższych sfer, którzy start mieli zapewniony, a jednak wszystko roztrwonili.

Pierwsza moja myśl: no tak, to taki ludzki upór. Trzeba przeć przez wszystkie przeszkody, żeby udowodnić coś sobie, żeby wyjść z nędzy. Hmm…  Jednak to nie to – głupia odpowiedź. Ile czasu można opierać się na własnym uporze i determinacji? Ile czasu można robić wszystko, żeby cię ktoś zauważył, usłyszał, docenił, a w ogóle najlepiej, żeby ktoś zaczął ci zazdrościć. Nie – mówię sobie jak mądry chrześcijanin – podstawa to wiara we własne możliwości!

Myślisz: trzeba mieć wiarę, ale jak tu wierzyć, kiedy dostało się jeden, zapluty, malutki talent? No właśnie! Pojawia się mały problem. Pomyślmy szczerze. Przyjacielowi powiedziałbyś w tym momencie z lekkim grymasem: wiesz jak jest. Zdolny to może ja jestem, ale co z tego. Wiesz, co to siła pieniądza… No, tak.

Na pewno jeszcze w to nie wierzysz, ale już dostajesz do serca (tylko od kogo?) swoje przeznaczenie: skoro Biblia mówi, że sługa z jednym talentem zakopał go w ziemi, to i mnie przypadnie taka rola. Do dzieła! Naiwne, ale… nie pozbawione logicznego wytłumaczenia. Bogactwo ma tendencje do pomnażania się, a nędza do pogłębiania… Hmm (tu następuje długa chwila zasępienia i utyskiwania na ludzki los, która jednakże nie trwa długo, bo jesteśmy przecież optymistami).

Następnie zapominamy o naszym zaplutym talenciku, który był naszym oczkiem w głowie, dopóki nie zobaczyliśmy, że inny ma podobnych błyskotek aż pięć. Był naszym sensem, trybikiem który nas rozpędzał. Dawał jasność, blask spojrzenia i pewność, że poruszamy się po dobrej ścieżce nie zbaczając w żadne rowy. Ten nasz talent – to było coś więcej niż złoty umiar, to był złoty środek. W każdym razie zapomnieliśmy. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem!

Ciekaw jestem, co porabiał sługa z jednym talentem, od chwili zakopania go, do powrotu pana. To przecież ładnych parę lat. Nie wierzę, że się obijał. Musiał gdzieś działać. Zarabiać, bawić się, może nawet słuchać niezłej muzyki i mieć nieprzeciętnych kumpli. Nieźle się urządził, ale mam wrażenie, że brakowało mu czegoś. Przynajmniej tak to wygląda z mojej perspektywy kiedy stawiam się na jego miejscu…

Musi być jakieś dobre wyjście. Sprzeciwiać się boskim prawom jest zasadniczo trudno, więc co zrobić z tym jednym talentem? Jeśli gdzie indziej czytamy, że człowiek ma wolny wybór to i w tym miejscu ewangelii Mateusza nic chyba temu nie przeczy.

Kolega wyposażony w jeden talent tłumaczył się potem panu: „Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!” Czego się bał? Tak naprawdę ryzyka. Bał się, że nie osiągnie żadnego zysku, straci i jeszcze będzie dłużny. Niby proste, a dla mnie niezrozumiałe. Przecież to był jego skarb. Jak mógł nie wierzyć, że przyniesie mu szczęście?

Klucz tkwi chyba w tym, jak patrzymy na to, co dostaliśmy jako nasze wyposażenie, wyprawkę na życie; chociażby ten jeden talent… Czy to dopust boży? Drwina z naszej sytuacji w stylu: ciekawe czy sobie z tym poradzisz… Boimy się faktycznie pomnożyć swój jeden talent, bo wtedy wkładamy w to wszystkie swoje siły, całą swoją duszę. Porażka wpisana w ryzyko wydaje nam się totalną katastrofą. Angażując się w mniej znaczące dla nas dziedziny uciekamy od naszego centrum, zakopujemy nasz talent i dalsza historia jest już każdemu znana.

Zmieniłbym więc trochę tezę co do „efektu Mateusza” i nierówności społecznych. Bogactwo ma tendencje do pomnażania się, o ile nie ma w nim strachu przed zatraceniem siebie. Nędza zaś ma tendencje do pogłębiania, o ile nie ma w niej niezłomnej wiary w zwycięstwo marzeń nad cyniczną rzeczywistością.

Jan Ziółkowski

    Copyright by DROGA